W działalność opozycyjną nakierowaną na przemiany ustroju komunistycznego w czasach Peerelu zaangażowanych było wiele kobiet. Pierwszym masowym wyrazem niezadowolenia był strajk generalny i demonstracje uliczne, które rozpoczęły się w czerwcu 1956 r. w Zakładach Metalowych im. Józefa Stalina w Poznaniu. Z kolei marzec 1968 r. przyniósł pierwsze protesty o charakterze stricte politycznym, wywołane zdjęciem z afisza „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka.Wśród organizatorów znalazły się Teresa Bogucka, Irena Lasota oraz Barbara Toruńczyk. Kobiety działały teżw pierwszych zorganizowanych inicjatywach opozycyjnych powstałych w latach 70. – Komitecie Obrony Robotników (KOR)i w Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO). Masowo wstępowały również do „Solidarności” – według szacunków stanowiły niemal połowę z 10 milionów członków.

Jednocześnie, mimo istotnego zaangażowania, kobiety zazwyczaj pozostawały w cieniu, rzadko sprawując najbardziej eksponowane funkcje. Sytuację tę oddaje fakt, że w prezydium Krajowej Komisji Porozumiewawczej NSZZ „Solidarność” obok 19 mężczyzn znalazła się tylko jedna kobieta (Grażyna Przybylska-Wendt), tyle samo, co w Komisji Krajowej, gdzie znalazło się 82 delegatów. Paradoksalnie sytuacja, w której reflektory skierowane były na męską część działaczy opozycyjnych, pozwalała kobietom na podejmowanie bardziej ryzykownych akcji, między innymi w drugim obiegu. Jak pisała badaczka z uniwersytetu w BerkeleyShanaPenn: „podziemna prasa stała się domeną kobiet, zawładnęły nią i odegrały w niej istotną rolę”.

Choć masoweinternowania związane z wprowadzeniem stanu wojennego dotknęły także kobiety (zostały zgromadzone w dwóch ośrodkach: w Darłówku i Gołdapi), to wobec czasowego wyeliminowania czołówki męskich przywódców opozycji znaczenie ich aktywności jeszcze wzrosło.

We wszystkichzespołach i grupachroboczych Okrągłego Stołu uczestniczyły 32 kobiety po stronie opozycji i 23 po stronie rządowo-koalicyjnej. Na obradach plenarnych znalazło się miejsce tylko dla dwóch z nich – Grażyny Staniszewskiej z opozycji i Anny Przecławskiej reprezentującej stronę rządową.

Anna Dodziuk, studentka historii, w relacji

Teren między Pałacem Kazimierzowskim a Biblioteką Uniwersytecką szybko się zapełniał. […] [Pookoło trzech godzinach wiecu] brama otworzyłasię i zobaczyłam […], że wchodzą. Szeregami, w hełmach, z pałami, wchodzą golędziniacy [zomowcyz Golędzinowa]. Zatkało mnie, przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że to czasy okupacji. Myślę, żewtedy załamała się moja ufna wiara, że „socjalizmjest dobry”.

Warszawa, 8 marca 1968 [Krajobraz po szoku, Warszawa 1989]

Romana Kahl-Stachniewicz, pracownica administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego, w relacji
Napisałam ulotki informujące o mszy [żałobnej za Stanisława Pyjasa, zmarłego w niejasnych okolicznościach studenta i działacza opozycyjnego] i rozrzuciłam je w salach wykładowych. Na nabożeństwo u Dominikanów wszyscy przyszli ubrani na czarno. Było to pierwsze tak duże wystąpienie w Krakowie. Po mszy tłum poszedł na ulicę Szewską, gdzie zginął Pyjas, były przemówienia. Później co roku obchodziliśmy rocznicę jego śmierci, składaliśmy kwiaty, zapalaliśmy znicze. Podczas tej manifestacji zrozumiałam, że tak dalej być nie może. Siedzimy i narzekamy, a tak naprawdę, milcząc, popieramy to, co się dzieje w kraju.

Kraków, maj 1977 [M. Sidor, Ruch Obrony Praw, „Karta” 2007, nr 52]

31.05.1981, Warszawa, Polska.
Pogrzeb Kardynała Stefana Wyszyńskiego – Anna Walentynowicz.
Fot. NN/Ośrodek KARTA

Anna Walentynowicz, pracownica Stoczni Gdańskiej, we wspomnieniach

Te dni między 9 a 14 sierpnia 1980 roku… Ileż ja wtedy rozmyślałam. Całe moje dotychczasowe życie – wizerunek człowieka uczciwej pracy i czystego serca – podsumowano krótko: „artykuł 52, dyscyplinarne zwolnienie”. Kropka.

Zwracanie się do Sądu Pracy chyba nie miałoby sensu. Miałam i w tym względzie swoje doświadczenia. Odkładane z miesiąca na miesiąc terminy rozpraw, odwołania, próby mijania prawa przez dyrekcję.

Przedtem procesowałam się z kierownictwem stoczni, bo chciałam na własnym przykładzie pokazać innym, że nie trzeba się bać, że można i trzeba – chociaż z trudem – dochodzić swoich praw. Wydawało mi się, że rozumieli, że trochę wyżej podnieśli głowy. Czasem znajdowali w sobie nieco odwagi, żeby po kryjomu, gdy nikt nie widział, szepnąć mi parę słów pocieszenia. Ale często, kiedy rozdawałam ulotki, odwracali się plecami […].

Wyjrzałam przez okno. Nieruchome dźwigi, jak w Grudniu [1970]. Poczułam przyspieszone bicie serca. Odszukałam Alinkę Pieńkowską, zamknęłyśmy się w łazience na naradę. Co się dzieje? Chyba strajk?

Gdańsk, sierpień 1980 [A. Walentynowicz, A. Baszanowska,Cień przyszłości, Kraków 2005]

Maria Filipowicz, pracownica tkalni Zakładów Przemysłu Bawełnianego im. Juliana Marchlewskiego, w relacji

Tego dnia, co stanęło MPK, szłam na popołudniową zmianę. Rano byłam coś załatwić w banku i nie mogłam wrócić do domu, ponieważ tramwaje już zjeżdżały do zajezdni. Pomyślałam: „Zaczęło się”. W drodze do domu kupiłam więcej jedzenia, bo wiedziałam,że pewnie nie wyjdziemy za szybko z zakładu. No i nie byłam pewna, czy te z rannej zmiany są przygotowane, więc im też coś wzięłam.

To był mój drugi duży strajk. To nie jest takie łatwe strajkować, bo człowiek przychodzi do pracy i nie pracuje. Nie wiem, czy to jest taka dusza robotnika, że musi pracować, tworzyć. No i te konflikty między ludźmi, jak się siedzi po dwie zmiany. Po raz pierwszy strajkowałam w lutym 1971 r., kiedy mało, że ceny strasznie podnieśli, to jeszcze obniżyli pensje […]. I teraz też siedzieliśmy w tkalni po szesnaście godzin, a inne oddziały odsiedziały swoje osiem godzin i do domu. Ale nikt się nie zdecydował na łamanie strajku. A my siedzieliśmy podwójnie na wypadek, gdyby coś się działo. Przychodził do nas kierownik i namawiał, żeby każdaszła do swoich krosien. A ja mu na to: „W kupie lepiej”, na co taka z kadr, że w kupie to śmierdzi. No to ja jej: „To wywąchaj swoją dolę i odejdź”. No bo jak myśmy tak siedziały razem, to się naradzałyśmy i to wszystko się jakoś działo.

Łódź, 26 sierpnia 1980 [Pospolite ruszenie. Relacje działaczy i współpracowników „Solidarności” w Łodzi 1980–1981, Łódź 2011]

Janina Wehrstein, ekonomistka techniczna, w wywiadzie

Choć starałam się nikomu nie wchodzić w drogę, dla komunistów byłam „wrogiem ludu”. Osobą nieodpowiednio urodzoną. Kadrowiec z pracy pisał namnie donosy, że jestem „burżujką”. Nie pasowałam do tego systemu. Szarość i beznadzieja PRL-u całkowicie mnie przygnębiały. Obrzydzały mi życie.

Dlatego gdy w 1980 roku powstała „Solidarność” – i pojawiła się nadzieja na zmianę – nie wahałam się nawet chwili. Od razu się do niej razem zapisałam. Razem z kolegami z Pracowni Konserwacji Zabytków chodziłam pod stocznię. U siebie w pracy również założyliśmy komórkę „Solidarności”. Chłonęłam to, co się działo, jak gąbka. Wyrwałam się z głębokiej depresji i znalazłam się w stanie euforycznym. Niestety, nie było nam dane cieszyć się długo…

Gdańsk, 1980–1981, [A. Herbich-Zychowicz, Dziewczyny z Solidarności. Prawdziwe historie, 2016]

Janina Jadwiga Chmielowska, projektantka oprogramowania komputerowego w Instytucie Systemów Sterowania w Katowicach, opozycjonistka, w relacji

W naszym nowym mieszkaniu w Sosnowcu przebywaliśmy z mężem do 9.00 rano 13 grudnia. Do tego czasu zdążyliśmy się już dowiedzieć o wprowadzeniu stanu wojennego. Dziś już nie pamiętam, ale chyba wysłuchaliśmy wiadomości w radiu albo Wolnej Europy, albo Programu I PR. Przed wyjściem z domu zapukałam jeszcze do mieszkającej obok pani Perlińskiej. Poprosiłam ją, aby w razie gdyby pojawiła się na Grottgera moja mama, powiadomiła ją, ze u mnie wszystko w porządku, idę na wojnę, schodzę do podziemia, a jeżeli będę mogła, to jakoś się z nią skontaktuję.

Katowice, 13 grudnia 1981 [A. Dudek, K. Madej, Świadectwa stanu wojennego, Warszawa 2001]

Anna Bikont, dziennikarka, w wywiadzie

„Tygodnik” [Mazowsze] długo robiły same kobiety. Uważałyśmy, że tak będzie bardziej bezpiecznie. I przyjemnie. To już mój punkt widzenia, bo Helenie [Łuczywo], Joasi [Szczęsnej] czy Ani [Dodziuk] trudno byłoby tak powiedzieć. One, będąc już matkami, znajdowały się w sytuacji dramatycznej. Gdyby zaaresztowali Anię, zostawiłaby po drugiej stronie kraju córkę. Podobnie było w przypadku Zofii Bydlińskiej, która samotnie wychowywała syna. Także dla nich to były bardzo trudne wybory. Natomiast Joasia i Helena nawet nie miały możliwości spotkania się z własnymi dziećmi, a mama Joasi Szczęsnej została (jakby za córkę) wsadzona do internatu. Natomiast ja miałam poczucie, że robię coś pożytecznego w gronie nadzwyczajnych kobiet, nie ponosząc kosztów. Mogę powiedzieć, że tworzyłyśmy miłą, bezkonfliktową, wspierającą się grupę.

Warszawa, 1982 [E. Kondratowicz, Szminka na sztandarze, 2001]

Helena Łuczywo, dziennikarka, w relacji

To była prymitywna, ręczna robota […]. Mieliśmy dwadzieścia drukarń, dwadzieścia zespołów drukarzy, różne maszyny do składu i różne typy powielaczy. Część drukowano również techniką sitodruku. Z każdej formy uzyskiwano od kilkuset do kilku tysięcy kopii. Nakład wahał się od 40 do 60 tysięcy. Wydrukowane egzemplarze przewożono do różnych lokali, gdzie robiono z nich paczki – po 500, 100, 50, 20, 10, i rozsyłano dalej. Mnóstwo ludzi co tydzień miało przy tym co robić. Odbierali, przewozili, potem ktoś inny odbierał, kolportował, a potem w drugą stronę wędrowały pieniądze. W ten sposób utrzymywaliśmy więzi między ludźmi.

Warszawa, lata 80. [S.Penn, Podziemie kobiet, Warszawa 2003]

Halina Stankiewicz, działaczka „Solidarności”, w relacji

Faktycznie chodziło mi o nawiązanie współpracy z Niemcami, a konkretnie żeby przysyłali paczki. Wiozłam ze sobą długą listę z adresami rodzin, które potrzebowały pomocy. Miałam w Hamburgu świetny kontakt z rodziną kapitana statku, na którym pływał mój mąż i na nią właśnie liczyłam. […] Każda paczka miała nadawcę, ale Niemcy nie otrzymywali żadnych zwrotnych sygnałów, że pomoc dotarła, nikt nie dziękował. […] Pytali mnie dlaczego. Tłumaczyłam, że ci adresaci nie znają języka i pewnie to jest problem. Potem, jeżeli tylko wiedziałam do kogo trafiła paczka, prosiłam, żeby wysłał kartkę z podziękowaniami. I tak to jakiś czas trwało, choć strasznie utrudniała to poczta. Część paczek w ogóle nie docierała do adresata. Bywało tak, że więcej zaginęło, niż dotarło do celu. Kiedyś nawet sama na poczcie odkryłam przypadkiem przesyłkę zaadresowaną do mnie, która otwarta stała sobie tam i nikt nie zamierzał jej doręczyć. Dlatego później Niemcy sami przywozili tu samochodami paczki i my już w Szczecinie rozwoziliśmy je do konkretnych rodzin.

Szczecin, 1983 [K. Konieczny, A. Łazowski, Matki Solidarności. Mütter der Solidarność, Szczecin 2010]

Głodówka członków i współpracowników KOR (Komitet Obrony Robotników) w kościele Św. Marcina w Warszawie, w proteście przeciwko przetrzymywaniu w areszcie 5 robotników z Radomia i Ursusa oraz członków i sympatyków KOR. Na zdjęciu uczestnicy głodówki, od lewej w dolnym rzędzie: Jerzy Geresz, Henryk Wujec, o. Aleksander Hauke-Ligowski, Tadeusz Mazowiecki (rzecznik głodujących), Lucyna Chomicka, Stanisław Barańczak; w górnym rzędzie: Ozjasz Szechter, Joanna Szczęsna, Bogusława Blajfer, Zenon Pałka, Eugeniusz Kloc, Kazimierz Świtoń, Barbara Toruńczyk, Bohdan Cywiński, Danuta Chomicka.
Fot. NN/Ośrodek KARTA

Grażyna Staniszewska, kierowniczka domu kultury w Wapienicy, w wywiadzie

Wiedziałam, że jeśli chcę mieć efekty, muszęsię zdeprecjonować. Jakiś czas później przyjechali do Bielska przedstawiciele związku zawodowego z Besainçon i widziałam, jak kolegom trudno przechodzi przez gardło stwierdzenie „to jest nasza szefowa”. Nikt nie mówił, że problemem jest to, że „rządzi baba”[…], ale to było w spojrzeniach. Zniknęło dopiero podczas Okrągłego Stołu, kiedy zaczęto mnie pokazywać w telewizji.

Bielsko-Biała, początek lat 80. [A. Mateja, G. Staniszewska, Mniej znaczy więcej, „Tygodnik Powszechny” 2010, nr 36]

Hanna Świda-Ziemba, socjolożka, ekspertka „Solidarności” w podzespole do spraw młodzieży przy Okrągłym Stole, w dzienniku

Naród dzieli się teraz głównie na „polityków” i resztę – ogromną milionową większość. „Politycy” to wszystkie odłamy establishmentu (politykujące) i wszystkie odłamy opozycji. Żywię obawę, że jedni i drudzy – zwłaszcza drudzy, nie wiedzą, jak są wyalienowani i jak w tym własnym, ekskluzywnym świecie są przez to do siebie podobni. Podział to już nie „aparat” i reszta, ale właśnie „politycy” i reszta. […] To są inne światy.

Warszawa, początek lutego 1989[Uchwycić życie, Warszawa 2018]

 

 

Cykl Historie polskich kobiet jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 4.0 Międzynarodowa. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Fundacji Ośrodka KARTA.
Utwór powstał w ramach zlecania przez Kancelarię Senatu zadań w zakresie opieki nad Polonią i Polakami za granicą w 2019 roku. Zezwala się na dowolne wykorzystanie utworu pod warunkiem zachowania ww. informacji, w tym informacji i stosowanej licencji, o posiadaczach praw oraz o zleceniu zadania publicznego przez Kancelarię Senatu oraz przyznaniu dotacji na jego wykonanie w 2019 roku.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here