26 czerwca bolszewicy dochodzą do Zwiahla (Nowogród Wołyński), na całym froncie ukraińskim odrzucając oddziały armii polskiej na ponad 200 kilometrów od Kijowa. 1 lipca Sejm uchwala powołanie 19-osobowej Rady Obrony Państwa z Józefem Piłsudskim jako przewodniczącym oraz przedstawicielami parlamentu, rządu i wojska – jako tymczasowej władzy w sprawach prowadzenia wojny.

Borys Sawinkow rozpoczyna tworzenie spośród internowanych w Polsce wojskowych rosyjskich ochotniczej formacji podporządkowanej Dowództwu WP. 2 lipca na Froncie Zachodnim Michaił Tuchaczewski wydaje rozkaz, otwarcie uzasadniając cel ofensywy sowieckiej: „Przez trupa białej Polski – do światowego pożaru”.

Michał Kossakowski (dyplomata):

Po roz­mo­wie z Pił­sud­skim [komisarz generalny Zarządu Cywilnego Ziem Wschodnich Jerzy]Osmo­łow­ski przy­znał mi się, że bar­dziej je­szcze niż po byt­no­ści u[premiera Władysława] Grab­skie­go czu­je kry­tycz­ność na­sze­go po­ło­że­nia. Grab­ski ro­zu­mo­wał, przy­ta­czał moż­li­wość dal­sze­go co­fa­nia się ja­ko pew­ną ewen­tu­al­ność, którą wana­li­zie prze­wi­dy­wać na­le­ży; Pił­sud­ski mówi o niej ja­ko o ko­niecz­no­ści. „Bę­dzie­cie– po­wia­da –mieć te­raz chwi­le cięż­kie w Miń­sku, bę­dę sta­rał się, za­trzy­mu­jąc się na li­nii daw­nych oko­pów nie­miec­kich, utrzy­mać wswym rę­ku Moło­decz­no, ale czy to się po­wie­dzie – nie wiem.”

Coś się wnim zmie­ni­ło, wy­glą­da przy­bi­ty. Od­czu­wa wi­dać do­tkli­wie, jak bar­dzo się po­my­lił, jak bar­dzo nie do­ce­nił te­go, że po­chód na Ki­jów wzmo­że wRo­sji du­cha, które­go Czer­wo­nej Ar­mii do­tąd bra­ko­wa­ło. […]Omy­lił się, nie do­ce­nił rze­czy za­i­ste sub­tel­nej, on – tak prze­ni­kli­wy do­tąd wy­czu­wacz możli­wo­ści po­li­tycz­nych. Apod­czas te­go, gdy Pił­sud­ski ba­da swe obli­cze­nia, sa­lo­ny warszawskie roz­brzmie­wa­ją prze­chwał­ka­mi tych, którzy się nie omy­li­li, którzy wie­dzie­li, że po­chód na Ukra­i­nę skoń­czyć się in­a­czej nie mo­że, którzy rze­ko­mo uprze­dza­li Za­mek i Belweder, że wzię­cie Ki­jo­wa obu­dzi du­cha na­ro­do­we­go wRo­sji. Prze­chwał­ki te swym zadufa­niem, ekspan­syw­no­ścią wy­krzyk­ni­ków, swym sa­mo­za­do­wo­le­niem, bu­dzą wie­le niesmaku, bo przy­po­mi­na­ją mi te­go roz­cheł­sta­ne­go, pi­ja­ne­go bol­sze­wi­ka, który wdniu od­da­nia Mińska Niem­com kro­czył środ­kiem uli­cy iprzy­gry­wa­jąc na har­mo­nij­ce, śpie­wał:„Do­i­gra­lis’! Do­i­gra­lis’!”.

War­sza­wa, 27 czerw­ca 1920  [Rok 1920. Wojna polsko-radziecka we wspomnieniach i innych dokumentach, Warszawa 1990]

Por. Władysław Broniewski(1 Pułk Piechoty Legionów):

Z patrolu na patrol, z wypadu na wypad – i tak bez przerwy, bez odpoczynku. Rezerw nie mamy, za słabi jesteśmy, aby się bronić, więc musimy atakować. Jest to taktyka ofensywnej obrony. Teraz dopiero przypomina mi się stara wojna, kiedy to nie spało się, nie jadło, tylko biło Moskali i wszy. […] Zapomniałem od dawna, że jestem przemęczony i że przemęczam się coraz bardziej, odzwyczaiłem się od spania i rozbierania – w ogóle jakiekolwiek narzekanie w obecnej chwili wydaje się takie śmieszne i nieaktualne… Przed nami, za nami trupy. […]

Im dłużej jestem na wojnie, tym pewniej dochodzę do wniosku, że wojna w imię czegokolwiek jest niedorzecznością. Wojna o zniesienie wojen? – Nie. A jednak jest to kataklizm nieunikniony, fatalizm wiszący beznadziejnie nad ludzkością. Treścią przecież każdej walki, celem jest dobro człowieka – a antytezą tego przyszłego dobra jest śmierć. I wracam znów do poglądów, że ludzkość naprzód pójdzie tylko po drodze anarchizmu. A terror wszelki tępić będzie jak ludożerstwo. Jednak kiedy? Jak długo będę żył? I czy życie moje odpowiada wartości tej bolszewickiej awantury?

Zubkowicze, 29 czerwca 1920 [Władysław Broniewski, Pamiętnik,Warszawa 2013]

Warszawa, 1920. Członkowie francuskiej misji wojskowej z polskimi oficerami na plaży nad Wisłą. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Łucja Hornowska (mieszkanka Warszawy):

Notatki moje przerwane przez dni kilka idą dalej, zawierając czerwcowe wrzenia strajkowe w Warszawie, przesilenie gabinetowe ostre – nieustępliwe i niepatriotyczne, bo tylko partyjne, zakończone gabinetem Grabskiego, mającym cechy czegoś skleconego, słabego.Niepowodzenia na froncie, przesunięcie linii Dniepru na linię Słuczy – wreszcie przerwanie tejże linii… czyni, że piszę: „O Jezu, teraz się może pocznie walić wszystko”.

I na tym ciężkim okrzyku przerywam moje notatki, niezdolna wykrzesać z siebie nic jaśniejszego, nic, co by tchnęło zaufaniem do idących dni.

Warszawa, 30 czerwca 1920 [Łucja Hornowska, Wspomnienia, Biblioteka Narodowa, mf. 89750]

Dmitrij Mereżkowski (poeta i pisarz rosyjski):

Zgaszenie pożaru na Wschodzie, z którego idą iskry, a nawet cała żagiew na świat, powinno być najważniejszym zadaniem rządów zachodnich. A Polska, która jak niegdyś osłaniała Europę przed zalewem dziczy tatarskiej, osłania ją dziś przed najgorszym i najdzikszym barbarzyństwem, jakie kiedykolwiek pojawiło się w dziejach ludzkości. Ta Polska powinna być otoczona szczególniejszą pieczą i w szczególniejszy sposób powinna być wspierana przez wszystkie rządy cywilizowane. Bo tylko ona najskuteczniej i najpewniej przyczynić się może do rychłego zdławienia barbarii… […]

Polska bić się musi z bolszewikami. Nie wyobrażam sobie tego zawarcia pokoju z nimi, o czym się tak często mówi. Tak samo, jak do niczego nie doprowadzą dialogi londyńskie, do niczego nie doprowadziłyby rozmowy z nimi na temat pokoju. Zresztą niema w ogóle z kim tego pokoju zawierać. Polska musi mieć bacznie zwrócone oczy w tę stronę, aby się pożar na jej dachy nie przeniósł. W tym celu musi prowadzić krwawe zapasy z barbarzyństwem do końca. To jest ofiarą i chwałą.

Warszawa, 1 lipca 1920 [Mereżkowski o Lloyd George’u, Krassinie i Polsce,„Rzeczpospolita” nr 17/1920]

Kpt. Charles de Gaulle (członek francuskiej misji wojskowej wPolsce):

Trzeba było oglądać straszny tłum na przedmieściach Pragi i Woli, aby zgłębić, do jakiego stopnia nędza może dosięgnąć ludzi. Trzeba było iść wzdłuż niekończących się ogonków kobiet, mężczyzn i dzieci o błędnym spojrzeniu, oczekujących godzinami przed sklepem miejskiego piekarza na kawał czarnego, raz na tydzień wydawanego chleba, odczuwać ciążące na swoim samochodzie ponure spojrzenia tego tłumu, aby zrozumieć, że nasza cywilizacja trzyma się na włosku. […]

Na murach niezliczone afisze, przed którymi tłum zatrzymuje się dłużej. Są tu odezwy szefa państwa, partii politycznych, nawoływania pod broń i do podpisywania pożyczek. […]Nikt nie krzyczy, nie ma poruszenia w tłumie. Co to wszystko znaczy? Spokój społeczeństwa pewnego swojej siły i ufnego w swoje przeznaczenie czy rezygnacja narodu od wieku nieszczęśliwego, który nie miał czasu na odbudowanie swojej wolnej duszy i którego niepowodzenia nie poruszają?

Warszawa, 1 lipca 1920 [Charles de Gaulle, Bitwa o Wisłę. Dziennik działań wojennych oficera francuskiego, „Zeszyty Historyczne” z. 19, 1971]

Michaił Tuchaczewski (dowódca Frontu Zachodniego):

Czerwoni żołnierze! Wybiła godzina odwetu. Nasze wojska na całym froncie przechodzą do natarcia. Setki tysięcy bojowników przygotowały się do strasznego dla wrogów uderzenia. Wielki pojedynek rozstrzygnie losy wojny narodu rosyjskiego z polskimi gwałcicielami. Wojska Czerwonego Sztandaru i wojska zaborczego orła białego stoją przed śmiertelnym starciem. Nim rzucicie się na wrogów, niech was przeniknie śmiałość i zdecydowanie. Tylko mając pierś pełną odwagi można pokonać wroga. Niech nie będzie wśród was tchórzy i sobków. W boju zwycięży tylko mężny. Przed natarciem niech wasze serce napełni się gniewem i bezwzględnością.

Mścijcie się za spalony Borysów, znieważony Kijów, spustoszony Połock. Mścijcie się za pastwienie się polskiej szlachty nad rewolucyjnym narodem rosyjskim i naszym krajem. W krwi rozgromionej polskiej szlachty utopcie zbrodniczy rząd Piłsudskiego. […] Armia Czerwona okryje się nową wiekopomną sławą. Spojrzenia całej Rosji są zwrócone na Front Zachodni. […] Spełnimy nadzieje socjalistycznej Ojczyzny. Pokażemy w praktyce, iż wysiłek kraju nie poszedł na marne. Bojownicy robotniczej rewolucji! Skierujcie swe spojrzenie na Zachód. Na Zachodzie decydują się losy światowej rewolucji. Przez trupa białej Polski prowadzi droga do światowego pożaru. Na bagnetach poniesiemy szczęście i pokój pracującemu człowieczeństwu. Na zachód! Do decydujących bitew, do głośnych zwycięstw! Szykujcie kolumny bojowe. Wybiła godzina natarcia. Na Wilno, Mińsk, Warszawę – marsz!

Smoleńsk, 2 lipca 1920 [Na zapad! Prikaz wojskam zapadnogo fronta nr 1423, „Krasnoarmiejec”nr 326/1920, tłum. Michał Ceglarek]

1920. Michaił Tuchaczewski i inni dowódcy podczas przeglądu jednostek Armii Czerwonej na Froncie Zachodnim. Fot. Rosyjskie Państwowe Archiwum Kino-foto-dokumentów w Krasnogorsku

 Zygmunt Klukowski (lekarz):

Na tutejszym terenie też wszczął się ożywiony ruch skierowany ku możliwie największemu rozbudzeniu świadomości narodowej, ku utworzeniu tak zwanego frontu wewnętrznego i przygotowaniu społeczeństwa do zniesienia ewentualnych ciężkich prób. […] Na Rynku odbyło się kilka publicznych wieców propagandowych, wreszcie przystąpiono do zorganizowania miejscowego Komitetu Obrony Narodowej. […] Z uczniów szkoły powszechnej zorganizowano Harcerski Oddział Straży Mostów. Komendantem tej straży był uczeń VI klasy gimnazjum Stefan Jóźwiakowski […]. Chłopcy z przejęciem pełnili swą służbę i w dzień, i w nocy. […]

Wobec coraz groźniejszych wieści, młodzież starsza licznie zaczęła się zgłaszać na ochotnika do szeregów wojskowych. […] Komisja poborowa pracowała w Zamo­ściu bez przerwy. […]A sytuacja stawała się istotnie coraz groźniejsza. Dochodziły nas hiobowe wieści o cofaniu się armii polskiej na całym froncie i o szybkim posuwaniu się naprzód bolszewików. […]W Szczebrzeszynie zaczęły pokazywać się pierwsze wozy z uciekinierami ze wschodu, wyłącznie ze sfer zamożniejszych i urzędniczych. Liczne tabory wojskowe przeciągały przez Szczebrzeszyn, udając się na zachód, koleje ograniczyły przewóz osób cywilnych, poczta funkcjonowała coraz gorzej, gazety stawały się rzadkością.

Szczebrzeszyn [Zygmunt Klukowski, Zamojszczyzna 1918–1959, Warszawa 2017]

Józef Drążkiewicz (uczeń gimnazjum wSierpcu):

W Warszawie długo nie mogliśmy znaleźć punktu werbunkowego. Po pewnym czasie dowiedzieliśmy się, że najbliższy znajduje się w Cytadeli. Zastaliśmy tam gromadę mężczyzn w różnym wieku, siedzących na trawie, którzy przyszlitak jak my, żeby zgłosić się do wojska. Sądząc po czapkach, niektórzy z nich byli studentami. Trwała przerwa w werbunku, więc i my porozkładaliśmy się na trawie. Niebawem podszedł do mnie nieznany kolejarz. Mówił dziwnie. Nas, ochotników, nazywał głupcami. Zrozumiałem, że był to albo szpieg, albo cudzoziemiec, dla którego obrona Polski nie miała żadnego znaczenia.

Warszawa [Józef Drążkiewicz, Pod Ossowem i Tarnopolem, w: Wspomnienia sierpczan 1900–1950,Sierpc 199

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here