Jedną z najbardziej widocznych zmian społecznych w 20-leciu międzywojennym był wzrost liczby kobiet aktywnych zawodowo poza rolnictwem.

Aspiracje zawodowe Polek wzrosły najwyraźniej w warstwie inteligencko-mieszczańskiej. Kobiety z tej grupy podejmowały pracę przede wszystkim w handlu i służbie publicznej.

Warto jednak pamiętać, że w 1931 roku 70% ludności II Rzeczpospolitej, czyli 23 miliony osób, żyło na wsi. 12 milionów w tej grupie stanowiły kobiety. Ich życie od wczesnego dzieciństwa wypełnione było pracą w ramach gospodarstwa, a także na rzecz rodziny. W praktyce oznaczało to, że gospodyni pracowała średnio 500 godzin dłużej niż gospodarz.

Jednocześnie od lat 30. narastało zjawisko przeludnienia wsi i kobiety wiejskie, zwłaszcza młode, musiały poszukiwać pracy poza gospodarstwem. Zatrudnienie znajdowały przede wszystkim jako służące, duża część z nich podejmowała również pracę w przemyśle i rzemiośle.

 

Halina Krahelska, działaczka społeczna, w artykule

Nie dla fantazji ani z pragnienia niezależności, lecz z biedy i nędzy poszła kobieta na zarobkowanie do fabryk. Gdy raz stanęła przy warsztacie, możność wynagradzania jej pracy stosunkowo niską stawką rozstrzygnęła o tym, jak bardzo stać się musiała poszukiwaną przez pracodawców. […]

W Polsce wzrost udziału kobiet w pracy przemysłowej dotyczy również przeważnie tych gałęzi przemysłu, które stosunkowo szybciej ulegają mechanizacji i zaczynają wprowadzać racjonalizację pracy (przemysły metalowy, chemiczny, drzewny, włókienniczy).

Racjonalizacja, wprowadzając do fabryk coraz większe rzesze kobiet i młodocianych, rozszerza równocześnie zakres czynności wykonywanych przez kobiety: narzuca im prace dawniej wykonywane tylko przez mężczyzn. A więc np. przemysł włókienniczy, który był do pewnego stopnia pionierem racjonalizacji, wymaga dziś niekiedy od dziewcząt czynności tzw. pucera (czyszczenie maszyn włókienniczych sposobem wślizgiwania się pod maszyny), przed wojną wykonywanych tylko przez mężczyzn, dźwigania worków ze szpulkami, sztuk materiału, w ogóle dźwigania ciężarów […]. Podobne stosunki można stwierdzić również i w wielkim przemyśle metalowym, gdzie jednocześnie z postępami racjonalizacji coraz szersze zastosowanie znajduje praca kobiet. Przed wojną w fabrykach metalowych byłej Kongresówki kobiety pracowały […] tylko na tłoczarkach, obecnie są zatrudnione przy wszelkiego rodzaju obrabiarkach, w tokarstwie, odlewnictwie, w galwanizerach, nawet spotyka się już dziś kobiety przy robotach formierskich.

Warszawa 1932 [Praca kobiet w przemyśle współczesnym, Warszawa 1932]

Marzec 1933, Warszawa.
Otwarcie świetlicy i kuchni Związku Pracy Obywatelskiej Kobiet w Warszawie. Widoczni m.in.: starosta grodzki praski Skurewicz (trzeci z lewej w pierwszym rzędzie) i pani Zofia Moraczewska (czwarta z lewej w pierwszym rzędzie).
Źródło: NAC

Mieszkanka Radomia w pamiętniku

Szary, zimowy mrok już zapadł, a z nim troski i ból niby całunek spowijają serca tych, co stanęli u kresu sił i lecą, zapadają w nicość, jękiem zbielałych warg żebrząc pomocy. […] Niedawno przecież kochane te ręce [ojca] spoczęły w mogile, a już czworo sierot poznało co łzy i nędza. Mamusia chora na serce, wątła, a ja najstarsza, osiemnasty rok życia licząca i dwu braciszków, malców jeszcze, którzy nie wiedzą, co to brak: Mamusiu, ja chce chleba”, a po bladej twarzy mamusi płyną łzy. „Mamusiu, słoneczko, nie płacz, ja przecież jestem duża, silna, będę pracować” – mówię i wybiegam sama z oczyma pełnymi łez. Lecz gdzie się udać, ha, tam gdzie wszyscy idą do biura pośrednictwa pracy. W biurze tłok niemożliwy. […] „Praca jest, po informacje proszę kierować się do pana M.” […] Pan M. oznajmia mi, […] że mogę się zgłosić dopiero za tydzień. […] Nie baczyłam na mróz i w pantofelkach, płaszczyku wiatrem podszytym biegłam po upragnione: tak. Na próżno, stanowisko bogdanki [kochanki] otrzymać bym mogła, pracy niestety nie. […] Ja jednak, choć ten los okrutny wyprowadził mnie z murów gimnazjum, odebrał możliwość nauki i teraz chłosta bezlitośnie chłodem i głodem, wierzę niezachwianie, że i nam zaświeci promienne słońce i wysuszy łzy niedoli wszystkich bezrobotnych, zsyłając nam pracę.

Radom, 6 stycznia 1932 [Pamiętniki bezrobotnych, Warszawa 1933]

Żona gospodarza piętnastomorgowego w pamiętniku

Nikt nigdy w mieście sobie nie wyobrazi, jak kobieta na wsi musi pracować i to pracować najczęściej o głodzie i o chłodzie. Bo ileż razy tak jest, że ostatni kawałek chleba, ostatnią kwartę mleka rozdzieli pomiędzy męża i głodne dzieci, a jej samej najczęściej służą za posiłek gorzkie łzy gdzieś po kryjomu połykane. […] Kobieta jednak nie opuści rąk i zawsze coś zaradzi, umyśli, ogarnie, aby się biedzie nie dać, doradzi, rozweseli i doprawdy, że dzisiejsza kobieta na wsi to cicha bohaterka pełna zasług, dla których nie wystarczy żaden order.

Urodziłam się w roku 1900. Rodzice moi byli dosyć zamożni gospodarze, posiadali włókę gruntu, tylko sporo zadłużonego na spłaty rodzinne. Chcąc „wyleźć” jak najprędzej z długu, pracowali oboje ponad siły, a szczególnie matka. […] Od najmłodszych lat przyzwyczajona byłam do pracy. Już jako czteroletnia dziewczynka posługiwałam, pasąc gęsi, potem krowy, a w domu widząc, jak biedne matczysko męczy się, nie mogąc dać sobie rady z dziećmi, a było ich rzetelnie „co rok to prorok”, pomagałam jej, jako że byłam najstarsza, niańczyć ten drobiazg, choć prawdę powiedziawszy samej by mnie się niańka przydała, bo cóż to za piastunka z pięcioletniego berbecia. A jednak ile tylko starczyło sił dźwigałam za chustką brata czy siostrę i przy tym pasłam jeszcze krowy. [Jako sześciolatka] pilnowałam już i bawiłam sama dzieci, gotowałam jeść, sprzątałam, zmywałam, a nawet próbowałam doić krowy. Nadmienić muszę, że wyciągając wodę ze studni i przy kuchni, posługiwałam się stołkiem. […] Gdy miałam lat osiem, […] na moje barki spadła już wszystka robota, gotowanie, pranie, dojenie krów, doglądanie dzieci, reperacja odzieży, a także i roboty w polu.

[…] Nie pragnę nagrody, tylko współczucia. Bo doprawdy nie ma chyba na świecie więcej zapomnianej i niedocenianej istoty jak wieśniaczka, a najbardziej u nas, w Polsce. A przecież my wszystko składamy w ofierze ojczyźnie i społeczeństwu, a w zamian nie dostajemy nic […]. Pisałam to zmęczona całodzienną pracą, chorą ręką, często długo w noc, gdy oczy ze zmęczenia kleiły się do snu i przy nikłym świetle przykręconej naftowej lampki, a w dodatku po kryjomu przed mężem.

Powiat warszawski, 21 listopada 1933 [Pamiętniki chłopów. Nr 1–51, Warszawa 1935]

Jadwiga Krawczyńska, dziennikarka, we wspomnieniach

Wiedziałam, że pióro to moja dziedzina i moja siła. Znałam już kilka języków, niektóre gruntownie, byłam przygotowana, aby zmienić swój los, wyrwać się z tego nieznośnego kieratu, z tej zależności od opinii, fałszu i podejrzliwości. Gardziłam tym, co mnie otaczało. Zawód nauczycielki, który moja rodzina uważała za jedynie godny i odpowiedni dla „panny z dobrego domu” – i to tylko jako „ewentualność w razie braku rozsądnej partii małżeńskiej” – absolutnie mi nie odpowiadał. Fałszywe położenie, do jakiego mnie zmuszano, dręczyło mnie szczególnie. Czułam wówczas, że w dziennikarstwie znajdę swobodę i będę miała wolne, nieskrępowane ręce.

Wejście do pracy redakcyjnej ułożyło się dla mnie pomyślnie. Otrzymałam w ogromnej sali redakcji „Kuriera Porannego” biurko przy oknie. […] Przez długie lata byłam „jedynaczką” w redakcjach warszawskich, które uparcie broniły się przed zatrudnieniem kobiet.

Współpracowniczkami redakcji we Lwowie, Krakowie, Warszawie bywały kobiety, jednak przeważnie pisały one pod pseudonimami męskimi, były autorkami nowel i powieści, korektorkami i tłumaczkami z języków obcych, publicystkami nawet, lecz nigdy nie pracowały w redakcjach na równi z mężczyznami. […]

My, na początku XX wieku, nie chciałyśmy już być „wyjątkowe”, nie pragnęłyśmy naśladować mężczyzn, nie uważałyśmy za stosowne rezygnować z odrębności kobiecej natury. Chciałyśmy po prostu i zwyczajnie uprawiać w społeczeństwie wybrany zawód, zdobyć równorzędne prawa, które pozwoliłyby na samoistne życie.

[…] Bardzo wiele kobiet mego pokolenia żywiło takie aspiracje i było przygotowanych do wykonywania różnych funkcji zawodowych. Wchodziłam w szeregi zawodowców dziennikarstwa w chwili, gdy odbudowane po latach państwo polskie dało kobietom równouprawnienie prawno-polityczne. Oczywiście, trzeba było z dziedziny teoretycznej przejść w życie społeczne, spowodować zmiany w umysłowości obywateli – zarówno kobiet, jak i mężczyzn. […]

Wciąż spotykałam się z pytaniami, zwłaszcza ze strony starszych panów: „Czy rzeczywiście zamierza pani pracować? Czy nie lepiej wyjść za mąż?”. „Przecież może pani mieć perły i brylanty, nie pracując” – mówił jeden z wydawców, a tak myśleli też inni.

Warszawa [Jak zostałam dziennikarką w: Moja droga do dziennikarstwa. Wspomnienia dziennikarzy polskich z okresu międzywojennego (1918–1939), Warszawa 1974]

07.12.1936, Warszawa.
Zjazd Związku Pracy Obywatelskiej Kobiet w Warszawie. Prezydium zjazdu. Od lewej widoczne panie: Rogaczewska, Matuszewska, Józefa Bramowska, Wróblewska, Krotowska, Józefska, Bokun i Zygulska.
Źródło: NAC

Justyna Budzińska-Tylicka, działaczka społeczna, w artykule

Okupowanie belgijskiej przędzalni we wrześniu zeszłego roku, które trwało koło ośmiu tygodni, zbyt słabym echem odbiło się w naszej prasie, pomimo że ten „polski strajk” [strajk okupacyjny] był nie tylko zakrojony na wielką skalę, nie tylko że był to jeden z pierwszych tego rodzaju, ale głównie podkreślić tu trzeba, że go prowadziły przeważnie same robotnice – bo na 1500 pracujących w przędzalni było 1100 kobiet. […] Prawie 2 miesiące; półtora tysiąca ludzi w zamknięciu wielkich murów fabrycznych pilnowało swych warsztatów pracy, przy których cudzoziemiec już tak długo wyzyskiwał siłę, zdrowie, nerwy, życie, młodość przemęczonych białych niewolnic; ale gdy ten wyzysk jeszcze miał być większy – kobiety się oburzyły i zapowiedziały walkę aż do zwycięstwa. Od razu z wybuchem „polskiego strajku” cały zespół robotnic i robotników zorganizował się: ułożono regulaminy zajęć, nauki, odpoczynku, rozrywek i snu. Tak, i nauka tam była; prawdziwa szkoła: nauka czytania i pisania dla analfabetek; przez te 8 tygodni wiele nauczyło się czytać i pisać, nawet starsze kobiety. Porządek był wzorowy: ani jednej kłótni, and jednego nieporozumienia – przeszło tysiąca niewiast, przez dwa miesiące!

Warszawa 1935 [„Głos Kobiet” 1935, nr 7–8 za: lewicowo.pl]

Zofia Daszyńska-Golińska, ekonomistka i działaczka społeczna, w artykule

Robotnicy we wszystkich zawodach zarabiają bardzo mało. Płace robotników niekwalifikowanych nawet z dodatkami dla rodzin i w naturaliach, zmuszają kobiety do zarobkowania. Robotnice zaś pobierają płace głodowe poza nielicznymi wyjątkami w przemyśle włókienniczym. Nie lepiej jest w rolnictwie. […] Kwestia podniesienia pracy zarobkowej kobiet, uzależniania jej nie od płci, ale od wartości świadczeń i kwalifikacji pracownika, staje po wojnie światowej w pierwszym rzędzie zagadnień niemal obok 8-godzinnego dnia pracy. […] W przeważnej części krajów jednak, a także i u nas, zrównanie płac płci obu pozostaje nadal postulatem odległej przyszłości.

Warszawa 1937 [Zagadnienie polityki populacyjnej, Warszawa 1937]

Łódzkie robotnice w rozmowie inspektorką pracy Marią Przedborską

Robotnica obsługująca skręcarkę przy robocie na mokro: „Człowiek przestaje być człowiekiem, a staje się parowozem”.

Robotnica przy samoprząśnicy obrączkowej: „Nie wiem już, czy mam ręce czy kręcące się wrzeciona”.

Robotnica przy skręcarce: „Pewnie wszystkie tu, kiedy się na nas patrzy, robimy wrażenie wariatek”.

Robotnica przy samoprząśnicach: „Przeklinam swe ręce, choć nimi zarabiam na chleb, bo mnie tak strasznie, tak nie do opowiedzenia bolą… To nie nitki, to nerwy rwą się w robotnicy!”.

Robotnica obsługująca zgrzeblarki: „Przez pierwszy czas miałam nos i gardło po wyjściu z fabryki tak założone bawełną i wyschnięte, że bez przerwy chrząkałam i kasłałam. Teraz niby się do tego przyzwyczaiłam”.

Robotnice przy grubej wrzecienicy: „Ach; te nogi, te nogi! Czy to komu można powiedzieć, jak one bolą przy pracy i po pracy? Gdy wracam po pracy do domu, mam ciało jakby przetrącone żelaznym drągiem”.

Robotnica przy motaku: „Boli wszystko: ręce, ramiona, kark, nogi, stopy, krzyż – całe spracowane ciało!”.

Robotnica przy krzyżówce, zatrzymująca ręcznie bębny maszyny: „Rozbębniły mi te bębny lewy bok i serce! […] Ech, co tam, że nie mamy szafek na odzież wierzchnią! Chustkę można wytrząsnąć i wytrzepać. Ale co zrobić z płucami? Tych przecie nie wytrząśnie i nie wytrzepie – wypluć je można kawałkami”. […]

„Gdyby Pan Bóg dzisiaj wygnał Ewę z raju, rzuciłby na nią przekleństwo: będziesz dzieci rodziła jako prządka”.

Łódź 1938 [Robotnica łódzka w świetle faktów i wspomnień, „Głos Poranny” 1938, nr 146 za: M. Madejska, Aleja Włókniarek, Warszawa 2019]

 Cykl Historie polskich kobiet jest dostępny na licencji Creaive Commons Uznanie autorstwa 4.0 Międzynarodowa. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Fundacji Ośrodka KARTA.
Utwór powstał w ramach zlecania przez Kancelarię Senatu zadań w zakresie opieki nad Polonią i Polakami za granicą w 2019 roku. Zezwala się na dowolne wykorzystanie utworu pod warunkiem zachowania ww. informacji, w tym informacji i stosowanej licencji, o posiadaczach praw oraz o zleceniu zadania publicznego przez Kancelarię Senatu oraz przyznaniu dotacji na jego wykonanie w 2019 roku.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here