Ważną częścią polskiego życia społecznego drugiej połowy XX wieku była emigracja. W wyniku działań wojennych poza granicami Polski znalazło się ponad 5 milionów obywatelek i obywateli. Z tej grupy do kraju nie powróciło pół miliona osób – część z nich nie chciała, część nie mogła, jako że czekałyby ich prześladowania z powodów politycznych.

Polacy osiedlali się przede wszystkim w Europie Zachodniej, ale też w USA, Kanadzie, Australii czy Argentynie. Ważnym ośrodkiem działalności emigracyjnej był Londyn, który w latach 1945–1990 stanowił siedzibę władz RP na uchodźstwie.

Należy wspomnieć oemigracji ludności żydowskiej, która przebiegała w trzech głównych falach. Pierwsza,tużpo wojnie, objęła ok. 200 tys. osób i była związana z jednej strony z działalnością biur ułatwiających wyjazd do Palestyny, z drugiej – z antysemickimi wystąpieniami, m.in. w Kielcach, Chrzanowie czy Częstochowie.Druga fala wyjazdów, licząca około 30 tys. osób, nastąpiła po 1956 roku i była możliwa dzięki stopniowemu poluzowywaniu polityki paszportowej przez polskie władze, między innymi pod hasłem łączenia rodzin. Trzecia fala wjazdów to tzw. emigracja marcowa, wywołana wydarzeniami marca 1968, przede wszystkim kampanią przeciwko „syjonistom”. Szacuje się, że w latach 1968–70 wyjechało 13 tysięcy ludzi.

Od 1956 roku wzrosły możliwości emigracji i wiele osób z tej możliwości skorzystało. Motywy wyjazdów były zarówno polityczne, jak i ekonomiczne. Szacuje się, że do 1980 roku na stałe wyjechało 800 tysięcy Polaków. W ostatniej dekadziePeerelu można wyróżnić także tzw. emigrację solidarnościową, wywołanąprzemianami po 1980, przede wszystkim wprowadzeniem stanu wojennego.

Jagoda Kaczorowska, córka polskich emigrantów:Karoliny Kaczorowskiej z domu Mariampolskiej i Ryszarda Kaczorowskiego, prezydenta RP na uchodźstwie w latach 1989–1991, w relacji

Świat tutaj w Anglii, w latach powojennych, był zupełnie inny niż teraz. Wszystko było szare i brudne. W domach paliło się węglem i to zanieczyszczenie pokrywało wszystkie budynki. Nie było kawiarni – takie rzeczy widziało się we Francji czy we Włoszech, ale nigdy w Londynie. Było stosunkowo mało ludzi, którzy nie byli Anglikami. Dziś Londyn jest globalną wioską, ale gdy byłam mała, na ulicy rzadko słyszało się język obcy. […]

Rodzice stworzyli dla nas „Polskę poza Polską”. Gdy wracałam do domu z angielskiej szkoły, gdzie cały dzień mówiłam po angielsku, wchodziłam do takiej Małej Polski. Bo mówiliśmy po polsku i o Polsce.

Czułam od urodzenia, że jestem Polką. Rodzicie przekazali mi to poczucie przynależności i świadomość, że nie trzeba mieszkać w danym kraju, żeby czuć się jego obywatelem. Polskę się nosi w sercu.

Londyn [relacja ze zbiorów Archiwum Historii Mówionej, sygnatura AHM_3367]

Maria Complak, emigrująca do męża w ramach akcji łączenia rodzin, w dzienniku

Jedziemy do Southampton. Do Anglii jedzie nas pasażerów 380 Polaków. Cel prawie wszyscy mamy ten sam – odwiedzenie swych rodzin [w] Wielkiej Brytanii. Na pokładzie, przy pięknym zachodzie słońca, gdy ostatnie promienie słońce rzuca na nas i na błękitne grzebienie fal, ludzie się cieszą, gwarzą, płaczą. Jak to będzie, co to będzie, jakie przywitanie? Czy nas poznają, czy my ich poznamy padają między sobą zapytania. Na twarzach uśmiech coraz częściej zamienia się w trwogę. Gdzie nie gdzie ludzie popłakują, spozierając na oddalającą się Gdynię, a z nią wybrzeże, Polskę.

MS „Batory”, 12 czerwca 1957 [pamiętnik ze zbiorów Muzeum Emigracji w Gdyni, http://www.archiwumemigranta.pl/]

Miriam Kuperman, emigrantka marcowa, w relacji

Przede wszystkim te przemówienia Gomułki. Zaczęli wymieniać nazwiska ludzi, którzy byli pochodzenia żydowskiego. Nazwiska naszych kolegów Żydów, których znaliśmy z kolonii. My osobiście właściwie nic nie odczuliśmy, ale masę rodziców naszych kolegów powyrzucali z pracy. […]Ja się bardzo szybko zdecydowałam. Jak usłyszałam przemówienie Gomułki o piątej kolumnie, to mnie już kompletnie złamało. Decyzja wyjazdu nie była tylko związana z sytuacją polityczną. Byliśmy zupełnie sami, ojciec umarł rok wcześniej. Właściwie cała nasza rodzina była w Izraelu: dwie siostry, kuzyni, kuzynki. Wtedy właściwie nie mieliśmy ani jednego krewnego w Polsce. I to też miało znaczenie. Ta sprawa polityczna po prostu przyspieszyła, pchnęła nas do tego. […]

Byłam jak w gorączce. Cały czas sobie myślałam: „Boże, to ja już nigdy tutaj nie wrócę. Jak to jest możliwe”. Było tyle spraw do załatwienia, że nie było w ogóle ani trochę czasu na zastanowienie się. Do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego nie pożegnałam się z sąsiadami. Do dzisiaj nie rozumiem, jak to się stało.

Lublin, 1968 [relacja ze zbiorów Ośrodka Brama Grodzka, http://teatrnn.pl/leksykon/artykuly/marzec-68-wspomnienia-lubelskich-emigrantow/]

Lata 50., Argentyna.
Bibianna Filipiak.
Fot. Biblioteka Polska im. Ignacego Domeyki w Buenos Aires (Biblioteca Polaca Ignacio Domeyko)/ Ośrodek KARTA

Genowefa Hochman, emigrantka marcowa, w relacji

Ja się urządziłam, w 68 roku w styczniu, nowe meble kupiłam. Włożyliśmy w remont […] sto trzydzieści tysięcy, zrobiłam piękne mieszkanie, centralne ogrzewanie, bo wszędzie piece były takie, zimno było, i drzwi, i okna, wszystko trzeba było zmienić, malować – i trzeba było wszystko zostawić. Dałam ogłoszenie do „Kuriera”, który wychodził o drugiej godzinie po południu – to się chyba z pięćdziesiąt [osób zeszło], wszyscy naraz, nie mogłam tego znieść, więc wyprosiłam ich wszystkich, zostawiłam trzy osoby i pokazałam, [że] wszystko jest do sprzedania. To za bezcen wszystko poszło.

Lublin, 1968 [relacja ze zbiorów Ośrodka Brama Grodzka, http://teatrnn.pl/leksykon/artykuly/marzec-68-wspomnienia-lubelskich-emigrantow/]

Sława Czarnecka, poetka i śpiewaczka ludowa, we wspomnieniach

Zapadł wyrok – emigracja. Słowo jak smagnięcie bata w oczy – oszołomiło mnie, zwaliło z nóg, rzuciło na samo dno rozpaczy. Jeszcze kołatała się nadzieja, że tam, w ambasadzie amerykańskiej, odmówią wizy, ale konsul, bez przeszkód, wręczając papiery, radził jak najszybciej robić rezerwację. Mąż Stanisław miał prawo stałego pobytu w USA, czyli zieloną kartę, wrócił po mnie i po dzieci, ponieważ zapadł stan wojenny. Wraz z nim decyzja: albo rodzina, albo samotne zmaganie się z życiem w Peerelu. Sklepy świeciły pustkami, z półek znikły towary, nawet cukier stał się luksusem i trzeba było otrzymać kartki, aby go wykupić. Po chleb ustawiały się tasiemcowe kolejki, wędlina również na kartki. Tam na górze decydowano, ile kto ma posłodzić, zjeść. Towary zdobywało się. Moja wieś, która zawsze była wesoła, radosna i zasobna, zmieniła się w ponurą i smutną. […]

Mój świat, mozolnie budowany, runął nagle. Jakże to tak opuszczać nowy, piękny dom, umeblowany, urządzony, w garażu nowy samochód, do którego nie szło kupić paliwa, aby wyjechać. Próbowałam przekonać męża, że przecież ludzie tu żyją, że to tylko chwilowy marazm, wieś pulsuje sobie tylko wiadomym życiem, obudzi się, bo ludzie są silni solidarnością i zwyciężą. Stanisław rozkładał ręce i pytał: „Kiedy?”. Tam jest dobrze, jest praca, jest wszystko, jest moja rodzina, rodzeństwo, oni pomogą – i jest wolność.

Nie umiem po kolei odtworzyć tych ostatnich dni pobytu. Syn Adam brał pospiesznie ślub, niedługo urodził się pierwszy wnuk Karol, ktoś przychodził, ktoś odchodził, ktoś pocieszał, wielu zazdrościło. A ja byłam martwa, wszystko we mnie umarło wraz z nadzieją. Ja kochałam to miejsce na ziemi, tę wieś, tych ludzi. Zaradnych, pracowitych, dumnych.[…]

Ameryka powitała nas upałem. Choć to 23 kwietnia [1982], gorąco obezwładniało człowieka, miało się wrażenie, że po wyjściu z klimatyzowanego budynku lotniska weszliśmy w rozgrzany piec. Nigdy w Polsce słońce nie ziało takim żarem. Nie wiadomo kiedy znaleźliśmy się w objęciach rodziny i samochodach, które uniosły nas ku przeznaczeniu. […]

Szłam Ósmą ulicą, gdy nagle przed budynkiem rzucił mi się w oczy napis po polsku: „Na piątym piętrze potrzebna kobieta do tkalni”. Szybko weszłam do budynku, obok windy stało już z osiem kobiet, wszystkie Polki. Niedługo po tym zawieziono nas windą towarową na owe piąte piętro. […] Na drugi dzień już o piątej rano byłam gotowa. Stanęłam do pracy i gdy ruszyły maszyny, huk odebrał mi zdolność koncentracji. Oddano mnie pod opiekę Anny. Była to dobra polska tkaczka, która miała mnie nauczyć wszystkiego.

kwiecień 1982 [wspomnienia nadesłane na konkurs „Polityki” i „Nowego Dziennika” w 2005 roku, w zbiorach Ośrodka KARTA]

Maria Pałasińska, działaczka opozycyjna, we wspomnieniach

Nie zamieszkałam we Włoszech z powodu zamiłowania do sztuk pięknych albo przyjemnego klimatu, tylko z powodów politycznych. W momencie ogłoszenia stanu wojennego 13 grudnia 1981 wraz z dwójką moich małych dzieci znajdowałam się w Warszawie, czekając na planowany na następny dzień powrót męża Jacka z Rzymu.

Oboje byliśmy zaangażowani w działalność związanego z KOR-em podziemnego wydawnictwa Nowa, czego konsekwencją były przesłuchania, zatrzymania i rewizje u nas i rodziny. Nasi koledzy i przyjaciele zostali internowani lub się ukrywali. Mężowi w razie powrotu groziło internowanie, więc choć nie działały telefony, za pośrednictwem znajomych dziennikarzy za granicą udało się nam porozumieć i zdecydować, że on zostanie we Włoszech, a ja będę starać się o paszport. Jacek był jednym z założycieli i pierwszym przewodniczącym Komitetu Solidarności powstałego w Rzymie przy federacji włoskich związków zawodowych CGiL-CISL-UIL. Dzięki kontraktowi na współpracę ze znanym włoskim architektem udało mi się uzyskać paszport na wyjazd z dziećmi do Rzymu.

W kwietniu 1982 roku wyjechałam z szarej, bardzo smutnej komunistycznej Warszawy do słonecznego CaputMundi, ale wtedy nie cieszyłam się tym słońcem, gdyż była to wymuszona, niechciana emigracja.

[…] Pierwsze lata były trudną walką o byt, na sztukę nie było wiele czasu. Naturalną kontynuacją działalności podziemnej w Polsce była współpraca poprzez Komitet „Solidarności” z włoskimi związkami zawodowymi, instytucjami, partiami politycznymi wspierającymi „Solidarność” i opozycję w Polsce w czasie stanu wojennego. Dostawałam zlecenia na projekty plakatów i afiszów, które drukowane były w dużych nakładach i rozwieszane w różnych zakątkach Półwyspu Apenińskiego, najwięcej w Rzymie. Przypominały one Włochom, że daleko za żelazną kurtyną jest Polska, cierpiąca, biedna, ale z determinacją walcząca o swoją wolność, niepodległość, demokrację.

Włochy, 1982–1987 [wspomnienia ze zbiorów Muzeum Emigracji w Gdyni, http://www.archiwumemigranta.pl/]

Przed 1952, Londyn, Anglia, Wielka Brytania.
Ryszard Kaczorowski z narzeczoną Karoliną Mariampolską.
Fot. Instytut Polski i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie/Ośrodek KARTA

Elżbieta Potrykus, działaczka opozycyjna, we wspomnieniach

Jest nas duża grupa, specjalny transport uchodźców z Europy Wschodniej. Są to głównie Polacy, którzy przybyli do ośrodka w Bad Soden w Bawarii z tzw. „obozów” rozmieszczonych w różnych częściach wolnej Europy. Po uzyskaniu zgody na emigrację do Stanów Zjednoczonych tam się właśnie udawali. Takich jak my, uchodźców politycznych z wizami emigracyjnymi, było w tym transporcie kilka rodzin. To na nas, tych „politycznych”, mieli czekać w Nowym Jorku przedstawiciele immigration, aby przekazać nas pod opiekę stosownych organizacji przesiedleńczych.

Do Utica […], którą w naszych dokumentach wskazano jako miejsce przesiedlenia, przyjechaliśmy późną nocą. […] W Polsce był kolejny ranek, a ja już tęskniłam za wschodem słońca w moim kraju…

Kiedy czasem słyszę wypowiedzi niektórych prominentnych polityków o działaczach opozycyjnych, którzy „czmychnęli za granicę i wygodnie się tam urządzili”, nie życzę im tego uczucia, jakie targało mną wtedy, w maju 1987 roku, w mrocznym pokoju położonym nad nocnym barem przy ulicy Deveraux, ani tej grudy w gardle, kiedy trzymając w ręku paszport z prawem jednokrotnego przekroczenia granicy Polski, patrzyłam na przepastne stare fotele (każdy inny) i na mojego małego [syna] Wojtka śpiącego w jednym z nich…

Od jutra zaczynamy nowe życie… W obcym kraju, gdzie nikt na nas nie czekał. Bez znajomości języka i bez zawodu, który byłby tu atrakcyjny (ani znajomość polskiego prawa, ani filologia polska nie przydadzą się tu zbytnio kobiecie w wieku przedemerytalnym). Będziemy zdobywali świat… Mamy 42 dolary zaoszczędzone przez Wojtka i dodatkowo po 10 dolarów na osobę pozostawione przez [pracownika organizacji pomocowej] Sinata na pierwsze wydatki. Ponadto mamy w lodówce kartonik mleka, tuzin jajek i dwa opakowania hot dogów. Ale nie boimy się, że jutro o godzinie szóstej rano może nas obudzić ostry dźwięk dzwonka do drzwi…

Utica, 1987 [wspomnienia ze zbiorów Muzeum Emigracji w Gdyni, http://www.archiwumemigranta.pl/]

Joanna Tobiasiewicz, córka polskich emigrantów:majora lotnictwa, dowódcy Dywizjonu 303 Zygmunta Witymira Bieńkowskiego oraz Haliny Wity Bieńkowskiej z domu Grzybowskiej, w relacji

Pokolenie moich rodziców planowało wrócić do kraju – w latach 40. i 50. Kiedy założyli rodziny, powrót stał się tylko hasłem. Wszyscy byli szczęśliwi w 1989 roku, ale cieszyliśmy się bardziej ze względu na tych, który mieszkali w Polsce. Cel, do którego dążyło pokolenie moich rodziców, został osiągnięty i w ich życiu powstała pewnego rodzaju pustka, w naszym trochę też.

Londyn [relacja ze zbiorów Archiwum Historii Mówionej, sygnatura AHM_3377]

Cykl Historie polskich kobiet jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 4.0 Międzynarodowa. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Fundacji Ośrodka KARTA.
Utwór powstał w ramach zlecania przez Kancelarię Senatu zadań w zakresie opieki nad Polonią i Polakami za granicą w 2019 roku. Zezwala się na dowolne wykorzystanie utworu pod warunkiem zachowania ww. informacji, w tym informacji i stosowanej licencji, o posiadaczach praw oraz o zleceniu zadania publicznego przez Kancelarię Senatu oraz przyznaniu dotacji na jego wykonanie w 2019 roku.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here