Inline pictures
Polska 13:43
Україна 14:43

Pojebane pojednanie lub „Niszcząca dzikość zła”

Opinie || Думки
02.10 22:45
wolyn_0.jpg

Co się miało stać – wreszcie się stało: i oto na ekrany Polski wchodzi epos filmowy Wojciecha Smarzowskiego „Wołyń”. Nie widziałem go, więc te notatki nie są recenzją. Chociaż mimo wszystko i tak ciągnie mnie aby napisać: nie oglądałem, ale potępiam. Ale żarty na bok, przed tym filmem nie zdołamy uciec, i to jest niepokojące.

Lęk z różnym natężeniem ze zrozumiałych przyczyn towarzyszył temu projektowi od jego narodzin i przez cały okres powstawania. Jakkolwiek jeden z pierwszych recenzentów filmu, tenże czołowy krytyk polskiego kina, natychmiast uspokaja: niepotrzebnie, mówi, tak przeżywaliśmy, że film okaże się anty-ukraińskim, nic podobnego, reżyser analizuje nie zło konkretnego narodu, lecz zło jako takie, zło nacjonalizmu, który, jak wiadomo, nie ma narodowości, nie jest przypisane do konkretnego narodu, a więc mamy do czynienia, co by nie powiedzieć, z wielkim filmem. On pisze dokładnie tak – wielki, i w którymś momencie z jakiegoś powodu nawet zabłyśnie porównaniem z Dostojewskim. Takich wielkich filmów polskie kino nie miało od 1989 roku, egzaltuje się krytyk filmowy. Najważniejsze – film Smarzowskiego jest całkowicie wolny od wszelkiej propagandy. Sztuka, powiedzmy, z najwyższej półki. [Można powiedzieć – szczyt artyzmu.] Akme w czystej postaci.

O czystej postaci jeszcze pomówimy – być może, po obejrzeniu. Tymczasem z innej publikacji dowiedziałem się, że film rozpoczyna się od motta z wypowiedzi dość niejednoznacznego (a niektórzy stwierdzają – jednoznacznie nawiedzonego) księdza Isakowicza–Zaleskiego. Z powodu tej frazy zaczynany się dziwić pierwszemu recenzentowi. Jak można uznać za wolny od propagandy film, w pierwszych kadrach którego znalazł się cytat programowy najgorszego, nawet jak na Polskę, anty-ukraińskiego propagandysty? Pozostaje nam tylko przypuszczać, że pierwszy recenzent albo nie jest zorientowany w temacie, albo trochę się spóźnił i nie widział początku, więc motto o krwawych „siekierach Ukraińców” znalazło się poza jego rozemocjonowaną uwagą.

Historyk Motyka, ekspert od kwestii wołyńskich, udziela wywiadu, w którym potwierdza, że Smarzowski kilkakrotnie zwracał się do niego po konsultację. Chociaż tu jednak nie bez żalu konstatuje: reżyser nie zawsze zastosował się do jego zaleceń. Na przykład, w filmie jest scena, w której ksiądz ukraiński (przypuszczam – greckokatolicki, chociaż ich na Wołyniu nie trafiało się zbyt wielu) poświęca siekiery i kosy, którymi jego ukraińscy parafianie będą zabijać sąsiadów–Polaków. Potwierdzeń zaistnienia takich faktów nie znaleźliśmy, historyk szczerze „wsypał” reżysera. Tak jakby rzekomo, im, historykom, udało się znaleźć dowody na wiele innych „faktów”, w które niby ma obfitować film.

Z rozrzuconych tu i tam w pierwszych popremierowych publikacjach szczegółów wypływa dość smutny wniosek: jeśli zaleceń „strony polskiej” reżyser Smarzowski jeszcze jako–tako wysłuchiwał, to z Ukraińcami i z Ukrainą nie komunikował się w ogóle. Czyli dialogu, a wraz z nim prawdy, nie szukał. Zrobił film o kraju, którego w ogóle nie zna (ani języka, ani historii, ani kodów kulturowych), i którym, ośmielę się przypuszczać, w rzeczywistości wcale nie jest zainteresowany. Co go natomiast interesowało – to coraz bardziej masowe zapotrzebowanie polskiego społeczeństwa na ogólnonarodowy tragiczny mit. Tu wykazał się niezwykłą zdolnością reakcji i są wszelkie podstawy by oczekiwać, że 7 października, w dniu rozpoczęcia pokazów filmu „Wołyń”, Polacy ustawią się w kolejkach do kin. Jacy wyjdą z tych kin – to kwestia bardzo niepokojąca.

W porządku, „polski Tarantino” (czy raczej „późny Michałkow”?) zrobił swoje. W tym momencie na razie zostawmy jego film – tym bardziej, że do „Oscara”, dzięki Bogu, już nie będzie pretendować. Choć z pewnością znajdzie szerokie i wdzięczne zastosowanie w Rosji.

Natomiast mamy kontekst zwany „ukraińsko–polskim pojednaniem”. To żywotnie ważny dla Europy i świata, nie wspominając już o samych naszych dwóch krajach, proces, który rozpoczął się właściwie wraz z naszą (i ostatecznie Polaków też) niepodległością. Jednak według obecnego rządu polskiego (a wraz z nim, niestety, i większości społeczeństwa polskiego), całe to dotychczasowe pojednanie należy jeśli nie całkowicie anulować, to zasadniczo rozpocząć od nowa. Z powodu zdradzieckiego zgiełku czynionego przez całą tą „liberalną żydo–komunę”, wszystkich tych „dzieci Giedroycia” – michników, kuroniów, wałęsów, kwaśniewskich i innych im podobnych – Polska, jak to mówią, nie doczekała się od Ukrainy tego co oczekiwała, natomiast przez wszystkie te lata była przez Ukrainę podstępnie wykorzystana. (My ją wykorzystywaliśmy). I nadszedł czas, aby położyć temu kres.

I oni kładą.

Najlepiej na ten temat wypowiedział się jeden z wspomnianych recenzentów: „Ten film jest jak komenda Wojciecha Smarzowskiego 'sprawdzam!', po której staje się jasne, że ponad ćwierć wieku po upadku komunizmu w historycznym dialogu z Ukraińcami wciąż jesteśmy w punkcie wyjścia. Salonowe gesty, deklaracje kolejnych prezydentów i debaty historyków są bezsilne wobec niszczącej dzikości zła lejącej się z ekranu. Potencjał tej weryfikacji jest nieporównywalny z wykastrowaną z sensu i przez lata zdewaluowaną frazą 'przebaczamy i prosimy o przebaczenie'”.

Taka jest prawda. Kluczowa fraza pojednanie okazuje się być wykastrowana i zdewaluowana, ponieważ samo pojednanie już ostentacyjnie zostało uznane za fikcję. Krócej i jaśniej wyraził to tylko wspomniany szalony ksiądz: „Film 'Wołyń' zabije pojednanie, którego nigdy nie było”. I o do chodzi partii i rządowi, których ideologiczne zadanie reżyser Smarzowski oczywiście wykonał z oszałamiającym, spektakularnym sukcesem. Gorycz tego żartu polega na tym, że w rzeczywistości reżyser absolutnie nie uważa się za zwolennika akurat tych partii i rządu.

P. S. Na festiwalu w Gdyni, gdzie filmowi „Wołyń” prorokowano wszystkie główne nagrody i wyróżnienia, zwyciężył inny film – „Ostatnia Rodzina”. Wykonawca głównej roli, wielki (teraz ja użyję tego słowa!) aktor Andrzej Seweryn, zadedykował swą nagrodę Ołehowi Sencowowi. Dziękujemy! Dzisiaj każdy gest polskiej solidarności z Ukrainą jest już na wagę złota.

P. P. S. W głuszy Puszczy Białowieskiej, gdzie z karbidami [Karbido – polska eksperymentalna grupa muzyczna i interdyscyplinarna. Karbido jest związane z platformą działań artystycznych Hermetyczny Garaż Tomasza Sikory, w ramach której realizuje swoje prace muzyczne.] w te festiwalowo–premierowe dni kontynuowaliśmy beznadzieją sprawę pojednania, pracując nad nowym albumem, spotkaliśmy brygadę Ukraińców–budowlańców. Na pytanie, skąd oni, najmłodszy odpowiedział „Z Wołynia” – i po dziecięcemu szeroko się uśmiechnął.

Boję się o niego. Ten dzieciak nawet nie będzie wiedział, za co go solidnie obiją prawie na śmierć w pierwszym–lepszym tutejszym barze piwnym.

Jurij Andruchowycz — Zbrucz — tłumaczenie Wiesław Tokarczuk

 

Pogoda / Погода

Warszawa Варшава   
Krakow / Краків
Gdansk / Гданськ
Poznan / Познань
Lodz / Лодзь
Київ / Kijow
Львів / Lwow
Харків / Charkow
Одеса / Odesa
Донецьк / Donieck


CZYTAJ NAS W WYGODNYM FORMACIE

ЧИТАЙТЕ НАС В ЗРУЧНОМУ ФОРМАТІ